W świecie mody i teatru

 

Kolejna osoba, która robi karierę w Pradzę. Z Moniką spotykamy się w Trzyńcu. Zauważamy, że gdyby ściągnąć tutaj wszystkich tych, którzy wyemigrowali, można by zrobić rzeczywiście parę wielkich rzeczy. Pochodzi z Oldrzychowic, skończyła trzyniecką podstatwówkę. Później poszła do artystycznej przemysłówki do Frydku - Mistku, gdzie uczyła się na kierunku modelowania – projektowania odzieży.

 Przyznam się, że chyba po raz pierwszy słyszę o tej szkole.

Ja też wcale o niej nie słyszałam i nie myślałam. Planowałam, że pójdę do Gimnazjum, albo Akademii Handlowej. Ale tuż przed oddawaniem papierów zauważyłam ulotkę tej szkoły i ... też jakoś specjalnie nie zwróciłam na nią uwagi. Dopiero moja ciocia mi powiedziała – „przecież to jest szkoła dla ciebie, dlaczego się nie zgłosiłaś?”. I mnie przekonała. Chociaż chodziło o prywatną uczelnię, to muszę przyznać, że wcale nie było łatwo się do niej dostać. Były egzaminy praktyczne i później te sprawdzające wiedzę. Ja dostałam się już po praktycznych, dzięki dobrym wynikom w podstawówce. O ile sobie przypominam, to zgłaszało się chyba czterdziestu adeptów. W klasie było nas 21, z tego maturę zdała szesnastka.

 Jak wyglądały takie studia?

Uczyliśmy się oczywiście szyć, żebyśmy wiedzieli co i jak projektować, czy to co wymyślimy jest możliwe do zrealizowania. Mieliśmy też przedmiot projektowania ubrań. Oczywiście były też zajęcia z rysunku. Jeździłam do szkoły autobusem, prawie godzina drogi w jedną stronę. W szkole często siedzieliśmy do siedemnastej. Wracałam do domu i jeszcze na przykład miałam do zrobienia dwadzieścia portretów. Czasami rzeczywiście było ciężko.

 Jeżeli założymy, że szesnastu projektantów mody kończy co roku tę uczelnię, to chyba nie wszyscy pracują w zawodzie. Mylę się?

Rzeczywiście, bardzo mało ludzi pracuje w zawodzie. Z mojego roku jeden chłopak założył sobie własną markę i produkuje różne t-shirty. Jedna dziewczyna jest teraz w Anglii, gdzie zdobyła posadę projektantki dla Marks & Spencer. Z tego co wiem, to chyba wszystko. Kilka osób jeszcze studiuje w Libercu, gdzie jest techniczna uczelnia tekstylna.

 A ty? Poszłaś na studia?

Bardzo chciałam pójść na studia. Nawet dwa razy zdawałam egzaminy. Na kierunek, który sobie wybrałam, przyjmują dwie trzy osoby. Zgłasza się około czterystu, więc w sumie nie ma co się dziwić. Poszłam do szkoły językowej a potem wyjechałam do Pragi, w której mieszkam już chyba szósty rok.

 Dlaczego Praga?

Bardzo mnie pociągała. Co jednak chyba najważniejsze, to tutaj na Zaolziu nie znalazłabym pracy a w Pradze, kto chce pracować, ten pracuje. Na początku pracowałam jako krawcowa. Sprzedawałam również ubrania w sklepie, ale tylko trzy miesiące, kompletnie mnie to nie interesowało. Przyznam się, że cierpiałam strasznie w tym sklepie. Później trafiłam do teatru Divadlo v Dlouhé, gdzie przez trzy lata pracowałam jako garderobiana. Potem przez rok prowadziłam prywatny sklep z ubraniami. Teraz pracuję jako grafik i dalej szyję i projektuję ubrania. Mam sklep internetowy z własnymi projektami. Oprócz tego projektuję kostiumy do spektakli teatralnych.

 Od garderobianej do projektantki kostiumów teatralnych?

Niekoniecznie. Do projektowania kostiumów dotarłam dzięki koleżance Magdzie Frydrych, z którą przyjaźnimy się już od czasów podstawówki. Studiowała na DAMU i z nią właśnie robiłam pierwsze realizacje, amatorskie. Ona robiła dramaturgię, ja kostiumy. A teraz pracuję z reżyserem, którego tam poznałam. Zrobiłam z nim już dwie sztuki w Plzniu.

 Otworzenie własnego sklepu w Pradze to nie lada wyzwanie.

Zawsze marzyłam o tym, by mieć prywatny sklep. Brakowało mi jednak pieniędzy i tzw. sprzyjających okoliczności. Kończyła mi się umowa w teatrze i miałam przejść do następnego. Doszłam do wniosku, że już mnie to nie interesuje, że trzeba by było zacząć coś nowego. Miałam okazję wynająć na rozsądnych warunkach na rok sklepik na Małej Stranie. Sprzedawałam ubrania, które sama projektowałam i szyłam oraz biżuterię, którą robiła moja koleżanka. Jednak sklep nie był w najlepszym miejscu, przechodziło tamtędy mało ludzi, więc po roku zwinęłam interes.

 Sprzedajesz jeszcze swoje modele?

Tak, mam sklep w internecie. Sprzedaję je również w jednym z praskich butików.

 Oprócz tego prezentujesz swoje prace na pokazach mody.

Pierwszy pokaz miałam chyba trzy lata temu. W sumie zmusiła mnie do tego koleżanka, która organizowała jakąś imprezę i przydał jej się w programie właśnie pokaz mody. A że wiedziała, że ciągle coś szyję i mam pochowane swoje prace w szafach, to zwróciła się do mnie. Więc zrobiliśmy taki mały pokaz. Później już sama szukałam odpowiedniej przestrzeni. W Pradze jest takie miejsce, które jeszcze do niedawna można było wykorzystywać za darmo. Teraz już też trzeba za wynajęcie płacić. Tam zrobiłam jeszcze dwa pokazy mody. Jak pracowałam w teatrze, to mnie również poprosili o to, bym przygotowała dla ich inwestorów i dobroczyńców piętnastominutowy pokaz. Zawsze po prostu trzeba znaleźć miejsce i załatwić modelki i ludzi, którzy będą służyli pomocą. Czas od czasu dostaję takie zaproszenia do zrealizowania pokazu.

 Ostatnio miałaś pokaz w Hradcu Kralowej?

Tak. Koleżanka, która robiła kiedyś modelkę otworzyła w tym mieście swoją agencję modelek. Zaprosiła mnie do siebie.

Dlaczego właśnie taką drogę obrałaś?

Myślę, że mam to w genach, po mamie, babciach. Wszystkie szyją, robią na drutach i ogólnie uwielbiają prace ręczne. Od mała mnie to pociągało. Już jako mała dziewczynka szyłam ubrania dla lalek. Ta pasja trzymie się mnie chyba najdłużej. Próbowałam różnych rzeczy, ale do projektowania i szycia zawsze wracałam.

 Kiedy idziesz po ulicy, to patrzysz na to, jak ludzie chodzą ubrani?

Oczywiście. Mam to zboczenie profesjonalne. Zastanawiam się, że tej pani na przykład byłoby bardziej do twarzy w innym kolorze albo pasowałby jej inny krój. Myślę, że wszyscy tak mają w swojej branży.

 W czym różni się projektowanie ubrań od projektowania kostiumów teatralnych?

Bardzo się różni. Kiedy zaczynam pracować dla teatru, to muszę najpierw przeczytać sztukę, zastanowić się i przeanalizować charakter postaci. Czasami mam pomysł na kostium już w trakcie czytania sztuki a czasami jest tak, że dopiero po rozmowach z reżyserem wiem, co zrobić. Kiedy projektuję modele dla swojego sklepu internetowego albo dla butiku, muszę brać cały czas pod uwagę fakt, czy ludzie będą chcieli w tym chodzić. Muszę znaleźć taki złoty środek, aby zaprojektowana rzecz była też na prawdę moja, taka od serca. Praca dla teatru ma ten plus, że nie muszę zwarać uwagi na fakt, czy dany kostium się sprzeda. Mam większą wolność twórczą. Z drugiej strony dzięki doświadczeniu w pracy garderobianej wiem, że kostiumy muszą być proste, bo aktorzy nie mają czasu na jakieś skomplikowane przebieranie. Oprócz tego praca w teatrze to dla mnie niezła szkoła. Tam w reflektorach widać naprawdę wszystko. Jak na dłoni można zobaczyć, gdzie się popełniło błąd.

Jaka tematyka ci najbardziej odpowiada?

Robiliśmy spektakl, akcja którego odbywała się w wieku XVI. To była bardzo ciekawa praca.  Kostiumy były inspirowane tamtym okresem. Ale nie dawaliśmy całych tych skomplikowanych konstrukcji pod sukienki. Staraliśmy się znaleźć zastępcze rozwiązania. Ale nie mogę powiedzieć, czy wolę współczesne sztuki, czy też sztuki w których trzeba robić „historyczną” scenografię. W każdej pracy znajduję coś ciekawego. Chciałabym robić jakąś fajną bajkę dla dzieci, w której mogłaby poszaleć nieco moja wyobraźnia. Marzy mi się też jakaś kameralna sztuka na temat mody. Wszystko jednak zależy od konkretnej sztuki. Jeżeli jest ciekawa, postacie w niej występujące są inspirujące, to praca zawsze jest przyjemna.

 Kupujesz sobie ubrania, czy wszystko szyjesz?

Jestem typowym szewcem bez butów. Większość rzeczy sobie kupuję. Prawda jest taka, że kiedy cos uszyje dla siebie, to sie potem zdecyduje ubranie sprzedac czy podarowac, po prostu nie mam czasu na to, bym jeszcze szyła rzeczy dla siebie.

 Więc szyjesz na zamówienie.

Właściwie teraz staram się nie przyjmować zamówień. To nie jest zbyt twórcza praca, klient w większości wypadków ma swoją wizję ubrania i wtedy zbytnio nie mogę jej zmieniać. Takich klientów, którzy daliby mi zupełnie wolną rękę raczej nie ma. Chociaż ostatnio szyłam koleżance sukienkę do ślubu. Zaufała mi i mogę powiedzieć, że była zadowolona. Muszę też jeszcze dodać, że ludzie nie zdają sobie sprawy z tego, ile pracy trzeba wyłożyć w zrobienie takiej sukienki, czy bluzeczki. Są przyzwyczajeni, że na bazarku kupią taką bluzkę wyprodukowaną w Chinach za parę koron i żal im wydać więcej.

 Nie chcesz wrócić na Zaolzie?

Nie. Jak było ciężko, trudno się było utrzymać w Pradze, to o tym myślałam. Ale cieszę się, że zostałam w Pradze. Jednak tam jest więcej możliwości, by zrealizować swoje plany. Obawiam się, że tutaj nie mogłabym robić tego wszystkiego, co tam. Jedyna prawdziwa niedogodność praska to brak jakiejkolwiek przyrody i wieczny stres, wieczne bieganie z jednego końca miasta na drugi, by tylko zdążyć na umówione spotkanie. Do tego multum ludzi, hałasu, turystów. Więc uwielbiam przyjeżdżać do rodziny, ponieważ tutaj jest spokój i można się zrelaksować.

 A co jest bardziej inspirujące, Praga, czy spokojna przyroda naszych terenów?

Nie wiem. Fakt, większość czasu spędzam w Pradze. Tam jednak czasami jest tyle bodźców, że często nie nadążam z ich przyjmowaniem. Czasami muszę się zamknąć w mieszkaniu i nie patrzeć na to wszystko. Na Zaolzie przyjeżdżam uporządkować wszystkie te doznania, uspokoić się. W Pradze potem wizje realizuję. Tutaj nie miałabym szans na zrealizowanie wszystkich rzeczy. Więc Praga i te tereny wzajemnie się uzupełniają.

Dziękuję za rozmowę

HALINA SIKORA, Zwrot 7 | 2009